wtorek, 29 kwietnia 2014

BattleLore 2nd edition - gra, która się nie nudzi

Wyjeżdżając do domu zawsze staję przed trudnym wyborem jaką jedną grę wziąć ze sobą. Musi ona być przede wszystkim przystępna dla osób niegrających na co dzień, ale raczej obytych w klimatach fantastycznych. Tym razem zaszalałem, nie przejmowałem się tym, że pudło zajmie mi pół torby i wybrałem BattleLore’a. Ładna i z rozmachem wykonana gra (o czym pisaliśmy w recenzji) miała szansę spodobać się mojemu głównemu współgraczowi podczas tego odpoczynku od Facebooka, portali i generalnie całego Internetu.

 

 

Pierwsze starcie z początkującym

Poprzez dociekliwość mojego oponenta (kuzyna) samo tłumaczenie zasad zajęło mi więcej czasu niż zwykle. Złożył się na to też brak dotychczasowej styczności z Comand & Colours mojego przeciwnika. Dzięki temu kilka razy zostałem zmuszony do zagłębienia się w instrukcję oraz forum FFG i wyjaśniłem kilka wątpliwości powstałych podczas gry.

Pierwsza partia zajęła nam prawie trzy godziny, chociaż jeśli doliczyć do tego powolny setup i chwilę na zapoznanie się z kartami, to nie było tak źle. Po pierwszej partii nadszedł czas na kolejną, i kolejną, i kolejną… O trzeciej w nocy (w końcu!) zostałem „wypuszczony” i mogłem odmaszerować do łóżka. Przecież następnego dnia mieliśmy ponownie stanąć na czele naszych armii i zmierzyć się w walce o chwałę, dominację i punkty zwycięstwa.

I jeszcze jeden, i jeszcze raz…

Poranek przyniósł kolejne starcia (z krótką przerwą na grilla ;)), które ciągnęły się właściwie przez cały dzień. Myślałem, że po takiej przygodzie nie będę miał już ochoty na grę, odgrażałem się nawet Kasi, że teraz możemy swobodnie sprzedać BattleLore’a. Myliłem się. Mimo prawie dwóch pełnych dni  przy planszy nadal mam ochotę spędzać przy niej czas. Różnorodność scenariuszy, możliwość doboru jednostek oraz losowe karty rozkazów i magii sprawiają, że w produkt FFG można grać na okrągło, bez utraty przyjemności płynącej ze zmagań.

Demony atakują czyli moja pierwsza kampania

Przy okazji „maratonu” miałem okazję pierwszy raz zagrać w kampanię oferowaną przez zasady opcjonalne. Chociaż to trochę szumne określenie dla czterech kolejno rozgrywanych scenariuszy, szczególnie że jednostki nie przechodzą do następnych, a wygrana daje nam niewiele (możemy wybrać dla siebie jeden z dwóch następnych scenariuszy oraz otrzymujemy 1 punkt zwycięstwa). Mimo to, jeśli już mamy grać kilka partii z rzędu, śmiało można zdecydować się na ten tryb, w końcu i tak rozgrywalibyśmy kilka scenariuszy, a kampania gwarantuje przynajmniej, że nie będą się one powtarzały.

Równy start

Bardzo spodobał mi się natomiast wariant, w którym na początku obaj gracze dostają takie same karty rozkazów. Zdecydowanie wyrównuje to szanse i zapobiega sytuacjom, w których dzięki dobrym kartom (np. 3 rozkazy w jednej sekcji, po dwa w lewej i prawej, bądź przy szczęśliwym rzucie rozkazu Battlelore) jeden z graczy zyskuje znaczną przewagę. Mniejsza losowość w doborze początkowych rozkazów skutkuje też możliwością lepszego planowania już podczas rozmieszczania armii - wiadomo, że zmasowany atak jedną flanką nie ma raczej szans na powodzenie.

Magiczni spadochroniarze

Podczas jednej z ostatnich gier udało mi się wykonać zagranie, z którego jestem niezwykle dumny. Po długiej i krwawej bitwie na polu walki zostało niewiele jednostek, a moja lewa flanka została rozgromiona przez wielkiego, siejącego zniszczenie Lorda Chaosu. Walczące dzielnie, z zapałem i sukcesami oddziały środkowej części linii frontu patrzyły bezradnie na śmierć swoich towarzyszy, braci i ojców - od potrzebujących pomocy oddzielała je wielka i rwąca rzeka, niemożliwa do przekroczenia w rozsądnym czasie. Gdy wydawało się, że kluczowy dla wygranej punkt został przejęty przez przeciwnika generał zdecydował się na śmiały i ryzykowny ruch. Wojownik dosiadający ogromnego ruka - ptaka tak wielkiego, że swymi rozpiętymi skrzydłami rzucał cień na całe pole bitwy - zgodnie z poleceniem poderwał zwierzę i zmusił je do podniesienia trzech wielkich golemów, które wcześniej otrzymały już swoje rozkazy. Zwierzę, nie bez wysiłku, uniosło kamienne stwory i wzbiło się w przestworza, zmierzając ku drugiemu  brzegowi rzeki. Wysiłek opłacił się, a zrzucone w pędzie na ziemię golemy zaszarżowały na niczego niespodziewającego się Lorda Chaosu. Ohydne i splugawione serca demonów i ich sług zamarły gdy doszło do starcia pradawnej magii z odwiecznym złem, a ta chwila wahania kosztowała ich nie tylko bezwartościowe życia, ale też wygraną.

W skrócie - dzięki jednej z kart (Take to the skies) udało mi się przerzucić jednostki na lewą stronę pola bitwy, dzięki czemu zyskałem chwilę oddechu i w efekcie tego również zwycięstwo. Do tej pory nie miałem okazji by posłużyć się tym czarem, a zagranie było (według mnie ;)) wyjątkowo widowiskowe, szczególnie przy ówczesnym układzie sił na planszy.

Werdykt może być  tylko jeden

Podsumowując, jeśli wahacie się, czy BattleLore będzie dobrą pozycją do zmagań we dwoje, to ponownie namawiam - kupujcie śmiało. Produkt ze stajni FFG został grą, w którą rozegrałem największą liczbę partii z rzędu, bez przeplatania ich innymi planszówkami (już nawet nie chcę liczyć ile ich było, drugiego dnia pewnie z 10). O ile w przypadku Ankh-Morporka po czwartej grze byłem trochę znudzony, to wydaje mi się, że w BattleLore mógłbym grać, grać i grać…Gdybym został zmuszony do posiadania tylko jednej gry, to na chwilę obecną byłoby to BattleLore 2nd Edition!

P.S. Nie, FFG nie płaci mi za wychwalanie tej gry ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz